Pewnego dnia to zrobiłam. Postanowiłam wykazać się odwagą i pierwszy raz w życiu, bez zbędnego oglądania się za siebie, zrobić to – zamienić myśl w czyn i… porozmawiać z nimi.

Nie były na to przygotowane, miały zdecydowanie za mało czasu, ale już dłużej nie mogłam zwlekać. Otworzyłam drzwi szafy i wtedy wszystkie naraz wydały głębokie westchnienie. Mogę tylko domyślać się co w tej chwili o mnie myślały. Może mnie przeklinały, bo przecież w szafie żyło im się tak cicho, błogo i spokojnie, a ja ten spokój chciałam naruszyć. Z kolei inne chyba były podekscytowane na myśl, że w końcu w ich życiu nadejdzie tak długo wyczekiwana zmiana, cieszyły się, że opuszczą to ciemne i duszne pomieszczenie i nareszcie ujrzą piękny kolorowy świat! Wygrzeją się w słońcu, poleżą na trawie i cierpliwie zniosą plamy z lodów czy soku. Tak, mogę się tylko domyślać co o mnie myślały. Moje ubrania.

Byłam bezlitosna, a zarazem łagodna. Zadawałam stanowcze pytania i przyjmowałam nie zawsze łatwe odpowiedzi. Czy my naprawdę do siebie pasujemy? pytałam sukienki w różowe kwiatki, z rękawami lekkimi jak motyle skrzydła. Wiem, że jesteś ładna, wiem, że podkreślasz moją cerę, ale nie czujesz, że coś nie gra? Byłaś ze mną w kilku miejscach, nawet znalazłam cię na jakimś zdjęciu. Próbowałam się z tobą zgrać, dawałam nam szansę, ale... Sukienka milcząco potwierdzała, że czas się rozstać. I mnie, i jej wyjdzie to na lepsze.

Nie ze wszystkimi jednak poszło tak łatwo. Kilka z moich ubrań postanowiło zostać. Przecież jeszcze mnie nawet nie nosiłaś! Daj nam szansę, spróbujmy, może coś z tego będzie, mówiły. Ten mocny argument do mnie przemówił, ale byłam twarda wobec siebie i ubrań. Daję nam trzy miesiące, a potem czeka nas kolejna rozprawa.

Te, które zdecydowały się mnie opuścić, zapakowałam elegancko do trzech toreb i wyprawiłam w świat. Wiem z dobrego źródła, że część z nich już się zadomowiła i czuje się szczęśliwa. A skoro moje ubrania są zadowolone, to i ja również.