Wiódł spokojne życie. Przyjemne, niezakłócone, proste życie. Niezajmująca praca w biurze, popołudnia spędzane na zaspanej kanapie, wieczory z szumem telewizora w tle. Od czasu do czasu udawał się na niespieszny spacer. Sumiennie wykonywał zwykłe codzienne obowiązki. Od zawsze żył sam i nigdy mu to nie przeszkadzało. Nie miał żadnych marzeń. Tak przeżył niemal 50 lat. Jego spokój nigdy nie został zakłócony.
Aż do dnia, w którym miał miejsce incydent z szafą.
Nic go nie zapowiadało. A może nie potrafił właściwie odczytać znaków. Przyspieszone tykanie zegara, głośniejsze skrzypienie podłogi czy powiększające się pęknięcie na ścianie mogły być tymi znakami. A równie dobrze mogły nimi nie być.
Niezależnie od wszystkiego, szafa na niego runęła. Przygniotła, poobijała, unieruchomiła. Miało to miejsce w piątkowy wieczór. Dopiero w poniedziałek odkrył go sąsiad.
Trzy dni leżał pod szafą. To może wiele zmienić w człowieku.
Nie od razu się obudził, mimo że czuł na sobie potworny ciężar. Niejasno pomyślał, że znowu nawiedziła go senna zmora. Tylko trochę bardziej kanciasta, twarda i cięższa niż zazwyczaj. Zawsze nieskazitelnie uprzejmy, starał się jednak jej nie oceniać – zmory w końcu też mają prawo przytyć. Wtuliła się w niego tak mocno, że niemal stał się podłogą.
Na szczęście okazało się, że to tylko szafa.
Przez całe trzy dni i noce myślał wyłącznie o śmierci. Wcześniej nie poświęcał jej zbyt wiele uwagi. W tak spokojnym życiu, jakie wiódł, nie mogła go spotkać śmierć. I teraz też po niego nie przyszła.
Poniedziałkowe podniesienie było największą uroczystością we wsi od czasu Wielkanocy, a może i Bożego Narodzenia. Wynurzył się spod szafy tylko z kilkoma siniakami i drzazgami i od czasu tego oczywistego cudu sąsiedzi żegnali się na jego widok, nawet ci mniej pobożni z szacunkiem skłaniali głowę. Stał się bożyszczem dewotek, a ksiądz poświęcił mu kazanie. I jego własną osobę.
Ale on myślał tylko o niej. O dębowej śmierci, która go nie zabrała. Chyba drugiego dnia (czas pod szafą mógł mierzyć tylko miarowo wydłużającymi się kornikowymi korytarzami) przypomniały mu się słowa starej Klukowej. Podczas sąsiedzkiej wizyty z bezzębnych ust wypluła oślinione słowa, które teraz zajęły wszystkie jego myśli i poraziły zmysły – „Człowiek może wybrać miejsce swojej śmierci.”
W szafie znalazł ich potwierdzenie – nie umarł pod nią, bo tego miejsca nie wybrał.
Od czasu podniesienia nie mógł leżeć. Nigdy już nie zasnął, nigdy już nie zaznał spokoju, nigdy nie wyszeptał słów pożegnania do ucha zmory, jedynej nocnej przyjaciółki. Kluczył po wiosce jak zbłąkany pies, biegał jak oszalały, zataczał się ze zmęczenia. Niestrudzenie, dzień i noc, szukał swojego miejsca. Miejsca swojej śmierci.
Pewnego dnia, błądząc po ścieżynach na obrzeżu wsi, wyczerpany i nieszczęśliwy, poczuł najpiękniejszy zapach. Zapach cudny, rozkoszny, oszałamiający! Spojrzał w kierunku bujnego krzewu i wyczekiwany spokój spłynął na jego drewnianą duszę. Zapach rozmiękczył w nim wszystkie drzazgi, wyprostował słoje, wygładził chropawą skórę.
Położył się wśród traw i zapatrzył w fioletowe niebo.
Jak umrzeć, to pod bzem.